M. N. Puchta
O ETYKIECIE NIWCHÓW.

W latach 30-40, w latach mojego dzieciństwa i dorastania, w czasach władzy radzieckiej, Niwchowie mieszkali tu, pracowali w kołchozach, dzieci chodziły do szkół, młodzi mężczyźni odbywali służbę wojskową, niektórzy jeździli studiować do dalekiego Petersburga, do Instytutu Narodów Północy.
W tamtych czasach Niwchowie podporządkowywali się władzom radzieckim, ale żyli też według swoich praw: potajemnie odbywali swoje ceremonie szamani, mieszkańcy tuczyli niedźwiedzie na święta, jeździli zimą na psach, latem łódkami w odwiedziny jeden do drugiego, zgodnie zbierali się wszyscy na pogrzebach i ostatniej stypie, przestrzegając rytuałów.
W społeczeństwie i rodzinie Niwchów istniała etykieta. Młodszy bez słowa sprzeciwu podporządkowywał się starszemu, nigdy nie wchodził mu w słowo podczas rozmowy. Mimo to zawsze mógł być wysłuchany, jeżeli tylko udowodnił, że jest szczęśliwym zdobywcą i obdzielił swych krewnych zdobyczą, lub też taktownie zwrócił na siebie uwagę. Od najmłodszych lat dzieciom wpajano szacunek do ludzi starszych.
Spróbuję opowiedzieć o etykiecie Niwchów na przykładzie swojej rodziny oraz mieszkańców wsi Kalma.
Istniał cały rytuał, związany z przyjęciem i pożegnaniem gości. O przyjeździe gościa lub gości zazwyczaj wiedzieli już wcześniej. Latem spotykało się ich już na brzegu. Starsi przebywali wtedy w domu, ale na szanowanych gości czekali u progu, po czym szli do domu razem, trzymając się pod ręce – „hyspt’” (хыспть). Przy spotkaniu cieszyli się, uśmiechali się, pytali o zdrowie, obejmowali się. Starsi całowali młodszych. Moja mama nigdy nie całowała, ona tylko przytulała i głaskała po plecach. Czasem tylko policzkiem przytulała się do policzka. Ojciec obejmował i poklepywał po plecach. Zazwyczaj gospodarze podnosili się ze swoich miejsc i witali  z gośćmi  stojąc, proponując zdjęcie okrycia i wejście do środka. Mężczyźni podchodzili do ojca, a kobiety – do mamy. Mężczyźni rozmawiali z mężczyznami a kobiety z kobietami. My, dzieci musieliśmy siedzieć każdy na swoim miejscu, nie biegać, nie hałasować, nie migać przed oczami gości, nie przeszkadzać w rozmowach między starszymi. Tylko że, właśnie w takich momentach chciało się najbardziej zerwać  z miejsca i biegać. Jednak siedzieliśmy posłusznie -–nie wolno przecież. Starsi zawsze mogli dać polecenie przynieść dla gościa stołek, albo ten stołek przesunąć, podać woreczek z tabaką, przynieść zapałki itd. Gości najczęściej prosili o coś do picia. Przed posiłkiem przynosiłam ojcu mosiężną miednicę z wodą i ręcznik. On mył ręce, wycierał, ja odnosiłam.
Jedzenie podawali na małym stoliku. Ja musiałam nosić przygotowane potrawy. Najpierw zawsze stawiałam przed ojcem. On miał swoje własne naczynia i sztućce. Potem stawiałam jedzenie przed gośćmi według starszeństwa. Jedli zawsze powoli, dużo przy tym rozmawiając. Mama i ja pilnowałyśmy, gdzie jeszcze trzeba coś podać. Kiedy ojciec był już najedzony, odsuwał naczynia. Niektórzy gości odwracali filiżankę na spodku dnem do góry, w tym przypadku oznaczało to, że nie trzeba podawać herbaty.
Ojciec mój wpisany był do paszportu jako Puchta Nikołaj Ketowicz. Prawdziwe jego niwchijskie nazwisko brzmiało Puchtyn. Jego ojciec, a mój dziadek nazywał się Kio yt. Imię Nikołaj otrzymał przy chrzcie. Nazwisko Puchta powstało od niepełnego Pucht w formie wołacza. Ród Tio apkio al. Moja mama też była chrzczona. Ochrzcili ją imieniem Jekatierina. Ale w paszporcie wpisana jest jako Puchta Czindik, chociaż prawdziwe jej niwchijskie imię brzmi Tindik roda De Kio al. (Тиндик рода Дэ кё ал).
Do moich rodziców zwracali się „państwo”- czyn’(чын'). Mieli duży autorytet, nie z powodu zamożności, ale według mnie dlatego, że byli porządni. Nazywali ich „Kio ola niwfgu” (Кё ола нивfгу) – ludzie bogaci. My jednak nigdy nie byliśmy zamożni, ale jedzenia zawsze było pod dostatkiem. U nas przez cały rok o każdej porze dnia byli gości. Nie przypominam sobie aby ktoś nie był przyjęty i ugoszczony. Zwłaszcza podczas wojny gorąca herbata i dobre słowo pomogły wielu. Szukali u nas schronienia zupełnie obcy ludzie. Często mówili na moich rodziców „urla niwfgu” (урла нивfгу) – dobrzy ludzie. Na mnie i brata mówili „urla niwfgu olagu” (урла нивfгу олагу) – dzieci dobrych rodziców. To zobowiązywało. Nie wolno było robić nic złego. Od dzieciństwa byliśmy z bratem nauczeni spotykać gości, zabawiać ich rozmową. Zazwyczaj to my odprowadzaliśmy ich na brzeg, podczas gdy rodzice szli tylko  na ganek. Goście obowiązkowo otrzymywali gościniec i podarunki.
Duże jednoczenie się Niwchów odczuwało się przy pogrzebach. Nikt nie pozostawał wtedy postronnym świadkiem, każdy brał udział w pogrzebie. Jeżeli umierał główny przedstawiciel rodu Niwchów, stawiano na parapecie zapaloną lampkę, która paliła się aż do  rana, póki nie zaczynało świtać, póki nie pochowali. Zresztą nasz ród poddawał zmarłych kremacji. Zazwyczaj zjeżdżano się ze wszystkich wsi, wyrażano swoje współczucie i obowiązkowo pomagano zarówno pod względem moralnym jak i materialnym. Na stypę również wszyscy przyjeżdżali. Pamiętam, że nikt wtedy nie pił wódki.
Przez kilka pierwszych lat nie pozwalano mi podchodzić do zmarłych. Mając już osiem lat, zobaczyłam po raz pierwszy , jak przygotowywano zmarłego w jego ostatnią drogę, do „mły wo” (млы во) – wsi zmarłych. Do tego czasu byłam już uświadomiona przez starszych, że ludzie umierają. Dzisiaj nawet noworodki nosi się na tą drogę smutku, podczas gdy ciężarne kobiety nie mogły oglądać zmarłych, by nie narażać się na stres. W tamtych czasach moi rodzice jak w każdej rodzinie Niwchów żyli w zgodzie. Niedaleko od nas mieszkali Kostiny, ich synowie Benik N. K., Tychta A. K., już żonaci Czochta, z którymi przyjeżdżały zamężne córki Ruba, Musk, Lezak, Czryguk, Linnif, Rukuny, rodzice Nikołaja Putina z synem: amgunem Mutiłka, Irgany, Unagi, rodziny, które przyjechały potem: Kadana N. T., Ława G. L., Pyginy, Czibiki w dużym domu, Czajkuny Waduny, Kawriny, Myngysy, Czidy, Gudany wraz z dorosłymi żonatymi już synami, Czawdiny, Jugyny, Chajgany, Kioykyty, Jaczki, Kistan, Pajan, łynkiny, Metaki. Chyba wszystkich wymieniłam. Tak, jeszcze Pyriny, Ejty, Tekr, Czandriny, Peda, Czimak.
W tamtych czasach wszyscy żyli w zgodzie, nigdy nie było kłótni, krzyków, bijatyk. My jako dzieci nigdy nie słyszeliśmy brzydkich słów ani po niwchijsku, ani po rosyjsku. Trzeba nadmienić, że wtedy wszyscy mówili w języku Niwchów.
Kobiety wyróżniały się swoją skromnością, gospodarnością. We wsi Kalma królował spokój, zaufanie. My dzieci nie wiedzieliśmy nic o tym, że istnieje zło. Byliśmy pod opieką wszystkich dorosłych mieszkańców. Nie baliśmy się chodzić nad rzekę, do tajgi, pływać łódką. Wszędzie pilnowali nas dorośli. Jeżeli matka chciała wiedzieć, gdzie jest jej dziecko, wystarczyło zapytać pierwszego napotkanego i już wiedziała gdzie go szukać. Odnosiliśmy się do siebie na zasadzie „n,afk,” (н,афк,) – kolega, przyjaciel.  Często używało się słów: „czi n’lele” (чи ньлеле) – jesteś moją rodziną. Wszystkich młodych chłopców ze swego rodu nazywaliśmy „ykyn” (ыкын) – starszy brat, wszystkie kobiety, które były starsze od nas nazywaliśmy „nanak” (нанак) – starsza siostra. Oni opiekowali się nami. Zwracaliśmy się do nich z różnymi problemami. Z kolei my opiekowaliśmy się młodszymi od nas. Taka obustronna pomoc nie raz była mi pomocna już w moim dorosłym życiu. Teraz, kiedy minęło tyle lat, ciepło wspominam te dni i tych ludzi, z których większość już nie żyje, a przecież, pierwsze moje kroki w życiu społecznym były oparte na autorytecie  rodziców.
Ludzi z czasów mojego dzieciństwa wyróżniała nadzwyczajna taktowność w stosunku do innych i do siebie nawzajem. Starali oni się podkreślić u innych dodatnie cechy charakteru, zdolność do pracy, siłę, zręczność, wytrzymałość, talent itd. Widocznie właśnie z tego powodu zawsze panowała atmosfera życzliwości, obopólnego szacunku. Szacunek mieli również do dzieci. Jeżeli zwracali uwagę, to robili to przy pomocy słów alegorycznych, w przenośni. Trzeba było zastanowić się, dla czego właśnie tak zostało to przedstawione, powiedzeniach. Często mówili przy pomocy aluzji. Nigdy nie ogłaszali bezpośrednio nowych wiadomości, zwłaszcza tych złych. Kilka dni temu był u mnie rzadki gość. Zamiatałam i wpuściłam go z miotłą w ręku. Na moje pytanie, co go sprowadza, on nie zastanawiając się palnął: „Gala zmarła”. Ja z tą miotłą w ręku omal nie upadłam. Czułam się źle jeszcze przez kilka dni. I cały czas odczuwałam irytację – nie umiemy rozmawiać, straciliśmy taktowność. Wyobraziłam sobie, jak tą samą wiadomość oznajmiliby moim rodzicom ich rówieśnicy. Oni by weszli, postali trochę, powiedzieliby coś o pogodzie albo o czymś innym, obowiązkowo wzięliby pod uwagę stan człowieka, któremu mieli przekazać nieprzyjemną wiadomość, przygotowaliby go do tego, nie powiedzieliby prosto z mostu. Szczegóły zostałyby omówione podczas spokojnej rozmowy. Zapamiętałam to, że wtedy starali się nie upokorzyć człowieka, nie urazić jego godności. Największym dobrem było życie człowieka i nikt nie miał prawa pozbawiać go jego. Bezceremonialnych nazywano „torf,awrs” (торf,аврс) – bezprawny, czyli człowiek nie uznający zwyczajów i tradycji narodu.
Przy spotkaniu nigdy nie ukrywali radości, ale nigdy też nie było wybuchów emocji. O człowieku obowiązkowym, życzliwym mówili „newn’ard’” (невн,ардь), „new urd’” (нев урдь), „la warad’” (ла варадь).
Wszyscy nasi „ykyny” (ыкыны), starsi bracia, zauważając nas, dawali znać dziewczynom o swojej obecności kasłając, aby one „nie straciły twarzy”, aby nie stawiać nas w niezręcznej sytuacji.
W języku Niwchów jest słowo „kio umulyd’” (кё умулыдь), czyli cieszyć się razem z kimś. Oznacza to, że wszyscy się cieszą przy narodzinach dziecka, z dobrego zakupu, z powodzenia na polowaniu lub z połowu ryb itd. Najpierw rozchodzi się nowina. Później każdy i stary i mały idzie w odwiedziny z prezentem, lub za prezent niosąc swoja radość. Ci, którzy nie mogli być osobiście, przekazywali pozdrowienia przez innych. „Imch ola pandd’. Wit kio umulyda” (Имх ола панддь. Вит кё умулыда) – „U nich narodziło się dziecko, idziemy cieszyć się razem z nimi”, - często brzmiała taka wypowiedź. Twarzy dziecka nie pokazywano jednak każdemu. Nikt się o to nie obrażał. Dziecko można było pokazać dopiero jak ono podrośnie, decydowała o tym fakcie rodzina. Pamiętam, podczas wojny Czida I. Ju. złapał srebrnego lisa. O tym mówili wszyscy. Ja też byłam „kio umulyd’” (кё умулыдь).
Podczas długich jesiennych i zimowych wieczorów w naszym domu lubiły zbierać się dzieci – przyjaciele mojego bata i moi. W takim wieku trudno jest usiedzieć na jednym miejscu,  dokazywaliśmy więc, czasem hałasowaliśmy. Starsi w takich przypadkach nie osadzali nas, nie krzyczeli, nie rozkazywali, a tym bardziej nie stosowali kar. Po prostu najstarszy wypowiadał następujące słowa, niby do nikogo nie zwrócone: „Jak głowa boli”. Słysząc to, my ściszaliśmy głosy, schodząc na niższe tony, powoli zupełnie uspokajając się.
Od dziecka uczono nas śledzić za spojrzenia rodziców. W ich oczach widzieliśmy poparcie, radość, jeżeli zachowywaliśmy się poprawnie, dezaprobatę – gdy robiliśmy coś nie tak, jak należy. Istniało powiedzenie „Urla ola niach, taf,r ola” (Урла ола – нях, таf,р ола)– „to dziecko, które śledzi wzrok, jest dobrym dzieckiem”. Kradzież i kłamstwo były najgorszymi występkami. Nie szanowano tych ludzi, którzy tak postępowali, próbowano wyłącznie tolerować ich obecność. Był przypadek, jeszcze do drugiej wojny światowej, kiedy całą rodzinę wypędzili ze wsi za kradzież dokonaną przez ich syna. Moja mama często powtarzała nam z bratem: „Mówicie prawdę? Spójrzcie mi w oczy”, albo: „Jak ludziom w oczy popatrzycie?”
W naszej rodzinie przez cały czas pilnowano ognia. Po pierwsze mama czas od czasu podkładała do ognia (karmiła go), rozmawiała z nim, słuchała dźwięków, jakie wydawał, tłumaczyła je. Ona nauczała nas już w dzieciństwie, że ogień jest jednocześnie i dobrem i złem, i nigdy nie należy być przyczyną tego zła. Od najmłodszych lat przeszczepiała nam tym samym poczucie zagrożenia. W mojej obecności miało miejsce zdarzenie, kiedy pewna rosyjska dziewczynka postanowiła zwiesić nogi przez okno i wypadła z czwartego lub piątego piętra. Zginęła na miejscu. Dziewczynka była już duża, ukończyła pierwszą klasę i zdała do drugiej szkoły podstawowej. Szkoda było dziewczyny i jej rodziców. We mnie wszystko protestowało – jak to się stało, że jej nie przeszczepili poczucia zagrożenia. Od najmłodszych lat, kiedy dziecko dopiero zaczyna pełzać, mówi się mu – nie wolno, to boli, spadniesz. Często pokazywali jak spada przedmiot, zabawka. W pierwszym roku życia dziecko uczyło się słów „yfja” (ыfъя) – nie wolno, „kuut” (куут) – spada, „aska” (аска) – gorące, „ajka” (айка) – to boli, „alk,a” (алк,а) – brudno. Matka często mówiła do dziecka: „Niak,amaj, uma niak,” (Няк, амай, ума няк,) – „Patrz w oczy na gniewne spojrzenie”. I robiła srogi wyraz oczu. Dziecko przyzwyczajało się obserwować wyraz twarzy. Później matka spojrzeniem mogła pohamować jakąś czynność dziecka. Chłopcu zawsze powtarzali, że to on jest żywicielem rodziny, zdobywcą. Mając lat 7-8 przynosił swoją pierwszą zdobycz – rybę, kaczkę itd. Każda matka starała się wszystkich powiadomić, że syn jej jest już zdobywcą. Wtedy stosunek do małego zdobywcy był nie tylko pełen szacunku, lecz również powagi.
Podobnie było z dziewczynkami. Każda matka przygotowywała swoją córkę do pracy z nożycami, igłami , nitkami bardzo wcześnie. I pierwszy jej ścieg, to wydarzenie dla matki. Pamiętam miałam 6 lat, kiedy postawiłam pierwszą łatkę. Oglądało i analizowało moje szycie dużo kobiet. Jednak najpierw moja mama pokazała pracę ojcu. To zdarzenie pamiętam do dziś.
W tamtych czasach świeżej ryby nie przygotowywano jako zapasy na zimę. Łapano ją codziennie. Jeżeli było jej dużo, to od razu na brzegu dawano ją każdemu, komu była potrzebna rybę w miskach. Jeżeli natomiast było jej mało, krojono ją na kawałki i dzieci roznosili po domach. Wchodząc do domu i stojąc u progu, nie wchodziły bez zaproszenia. Bezceremonialność nigdy nie była popierana. Gospodarze zazwyczaj okazywali radość i zwracając naczynie obowiązkowo kładli tam „uskis” (ускис) – coś do jedzenia, chociażby nawet niewielki kawałek. Nigdy nie zwracali pustego naczynia – „ujgd’” (уйгдь) – grzech.
Każdego lata i jesienią kobiety z całej wioski chodziły zbierać jagody. Przed wyjazdem zawiadamiały o tym wszystkich. Po powrocie zbiór pokazywały starszyźnie, która zazwyczaj chwaliła wszystkich. Patrzyli na jakość zebranych jagód – czy nie ma śmieci, czy duża jagoda, ile zebrano. Jeżeli jagód było dużo, każda ze zbierających przynosiła nam je w misce, a jeżeli było ich niewiele, przynosiły na talerzu. W taki sposób mieliśmy dużo jagód, zostawało nawet na zimę. Wtedy mama moja miała już słaby wzrok, a ojciec zupełnie oślepł.
W dzieciństwie nigdy nie widzieliśmy pijanych ludzi i kto to jest pijak, zupełnie nie mieliśmy pojęcia. Pić zaczęto po wojnie, kiedy zwycięzcy wrócili z frontu. To oni byli prowodyrami. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam, chwiejącego się człowieka, byłam bardzo zdziwiona, pomyślałam wtedy, że jest chory. Przestraszyłam się i pobiegłam do domu po pomoc. Rodzice warknęli na mnie i zabronili wychodzić z domu. Ja jednak musiałam wiedzieć, co się stało z tym człowiekiem. Okazało się, że był pijany. Mnie i pozostałym dzieciom zabroniono na niego patrzeć, mówiąc: „Nie trzeba na niego patrzeć. Jutro będzie mu wstyd”. W sklepach stały wtedy butelki różnego rozmiaru i różnej zawartości, ale nikt nie pił. W naszych spichrzach stały na palach  blaszane puszki z wódką, ale żadnych zakrapianych biesiad nie było. Wszyscy przyjmowali i żegnali gości bez alkoholu. Wtedy najważniejszym było - okazać szacunek człowiekowi, przyjąć dobrym słowem, wziąć udział w jego problemach.
Po śmierci brata wyjechałam uczyć się do Chabarowska. W domu pozostali stary ślepy ojciec i sparaliżowana mama. Ludzie z wioski pomagali utrzymywać działkę, pielęgnowali ogród, jesienią wykopywali ziemniaki i chowali je w kopce, nawet pomagali utrzymywać świnię. Rodzice nie pozostawali bez świeżej ryby. Po połowie każdy rybak lub rybaczka przynosili im rybę. Takim sposobem ryby u moich rodziców było więcej niż u samego rybaka. Ludzie przychodzili do moich staruszków codziennie, przynosili wodę, rąbali drewno. Rodzice przeżyli dzięki ludziom ze swojej wsi, dzięki ich miłosierdziu i pomocy. Pamiętam, kiedy trzeba było uszyć ojcu nową koszulę. Wystarczyło mamie o tym tylko napomknąć, a chętnych już nie brakowało. Dużo kobiet zaproponowało swoją pomoc.
Po wojnie mieszkało nam się nawet ciężej niż przed wojną, ale ludzie zachowali szacunek do samych siebie. Nie było kradzieży, nie było rozzłoszczonych. W tamtych czasach nie wiedzieliśmy, co to jest zamek w drzwiach. Wychodzono z domu, drzwi podpierano kijem, to był znak, że właściciela nie ma w domu. Jeżeli była jednak potrzeba, wchodziło się do takiego domu, brało się co trzeba, ale zawsze mówiono o tym się sąsiadom. Po powrocie właścicieli zawiadamiano ich o tym. Konfliktów nie było. Wracając z połowu ryb, łódkę, wiosła, nawet sieci pozostawiano na brzegu. Wszystko zawsze pozostawało nienaruszone. Jeżeli ktoś znajdował zgubioną rzecz, od razu o tym informował, a jeżeli było wiadomo czyje to, przynoszono mu tą rzecz do domu lub pozostawiano na ganku.
Kiedy powstawały ostre konflikty, ludzie przychodzili do ojca, pili herbatę, mówili o czymś zupełnie innym i tylko pod sam koniec napomykali o sprawie. Kiedy już rozumiałam niektóre rzeczy, bywało, że nie potrafiłam zrozumieć,  z jakim problemem przyszedł człowiek, siedzący u nas cały wieczór. Po jego wyjściu rodzice naradzali się bardzo cicho. Jeżeli chodziło o kobietę, to sprawę brała w swoje ręce mama. Dziwnym trafem zjawiali się ci, którzy byli potrzebni. Przy filiżance herbaty, rozmawiając o różnych rzeczach, mimochodem omawiali również bolący problem, który rzeczywiście jakoś sam się później rozwiązywał.  Ojciec po prostu delikatnie mówił o tym, że należałoby rozwiązać taki a taki problem i to wystarczało. Później ludzie przychodzili wyrazić swoje zadowolenie.
Pamiętam jedno zdarzenie jeszcze z czasów przedwojennych. Wtedy tylko obserwowałam, za mało miałam lat aby brać w czymkolwiek czynny udział. Zdarzyło się wtedy, że młoda kobieta w czymś bardzo zawiniła. Starszyzna z moim ojcem siedząc przy stole, omawiała występek tej kobiety z większymi emocjami niż zazwyczaj. Kobiety siedziały w kółko obok mojej mamy i też omawiały zdarzenie, ale szeptem. Sprawczyni siedziała w kucki trochę dalej, ze spuszczoną głową. Do dziś pamiętam tę jej pozę. Po skończeniu narady ojciec odwrócił się do kobiet i powiedział mojej matce: „Przekaż jej, że jest nam wstyd za nią. Nie oczekiwaliśmy tego po niej. Niech więcej tak nie robi”. Winowajczyni jeszcze niżej spuściła głowę. Nie pamiętam ani tego, kim była, ani tego, co zrobiła. Kobieta niepostrzeżenie wyszła, kiedy mężczyźni rozstawiali stołki i żegnając się, mówili o sprawach codziennych.
W tamtych czasach wszystkie palące sprawy, rozpatrywano przy filiżance herbaty. To były zarówno sprawy dnia codziennego jak i sprawy kołchozu. Nawet te, na jakie łowisko jechać, ile trzeba skosić siana itd., podczas gdy sprawy tego typu powinny być rozpatrywane na radzie gromadzkiej i na zebraniu zarządu kołchozu. Nie pamiętam jednak, aby ktoś otwierał zebranie, prowadził posiedzenie, protokołował.
Dużo było obustronnej pomocy. W latach 1948-1950 przewodniczącym kołchozu  „Czerwona gwiazda” w Kalmie był Benik Nikołaj Konstantynowicz. On doprowadził do tego, że w kasie kołchozu brakowało pieniędzy na sumę 27000 rubli (to były duże pieniądze na tamte czasy). Aby sprawa nie trafiła do sadu i nie przyniosła wstydu kalmieńskiej starszyźnie, postanowiono spłacić cały dług. Mój ojciec oddał 800 rubli. Sądu nad „ich synem” nie było.
Podczas wojny wiele rodzin pozostało bez swoich żywicieli, więc odczuwały one brak produktów i nie tylko produktów. U nas w rodzinie zawsze obliczało się ilość wszystkiego: siana, drewna, pożywienia.  Zawsze wiedzieliśmy, ile czego potrzebujemy dla siebie i dla bydła, ale obowiązkowo zapasy były o wiele większe, niż nasze potrzeby. Ogród też mieliśmy dobrze nawożony – była krowa. W czasach przedwojennych był również koń, którego potem zabrali do kołchozu. Dlatego też zbiory były obfite. Jak wszyscy zdawaliśmy ziemniaki – tzw. dostawa na rzecz państwa. Pozostawało jednak dużo.
Zimą i wiosną, kilka razy w tygodniu, ojciec urządzał obiady dla dzieci. Z samego rana mówił wtedy: „No to, Stara, staw na ogień duży garnek”. Mama rozumiała go w pół słowa. Kiedy już wszystko było gotowe, mówiła: „Gotowe”. Ojciec wychodził na dwór i słuchał skąd donoszą się dziecięce głosy. Odwracając się w tą stronę krzyczał: „Chodźcie tutaj, chodźcie do mnie”. Jak daleko nie byłyby dzieci, przybiegali do niego i duzi i mali. Ojciec rozsadzał ich przy stole i mówił: „Jedzcie, dużo jedzcie. Popatrzę jacy jesteście pracownicy. Zły pracownik – źle je”. Wtedy cały ten rój dzieciaków rzucał się na jedzenie, ojciec uważnie słuchał, jak oni mlaszczą. Pierwsi najedzeni byli młodsi. Spełzając z krzesła, mówili: „Wszystko, najadłem się”. Ojciec odpowiadał: „Podejdź tu do mnie, sprawdzę twój brzuszek, czy naprawdę się najadłeś”. Maluch podchodził do ojca i wypinał swój brzuszek przed nim. Ojciec macał go i chwalił dziecko: „Jaki dobry brzuszek, tu leży placuszek, tu są ziemniaczki”. Malec zapytywał: „A ryby tam nie ma? Jadłem rybę”. Ojciec w końcu odnajdywał, gdzie się znajdowała ryba, czym bardzo małego pocieszał. Mówił jednak: „Tu jest jeszcze jedno wolne miejsce. Jeszcze nie dojadłeś”. Dziecko wracało do jedzenia. Do tej ceremonii ustawiała się kolejka. Podchodziły nawet wyrostki. Ten ceremoniał powtarzał się za każdym razem i stał się rytuałem.
Skoro już zaczęłam mówić o ojcu, trzeba powiedzieć, że był indywidualnością. Był dobry, niezłośliwy i mądry. Zawsze zjednywał sobie ludzi. Był wesołym człowiekiem, często żartował. Widocznie dla tego zawsze mieliśmy dużo gości. Wieczorami zawsze opowiadało się bajki, legendy. Jeszcze za dnia dorośli namawiali mnie, do kogo mama się zwrócić z prośbą aby opowiedział bajkę. Dorośli popierali mnie w tym. Słuchałam  legend,  bajek z pieśniami, legend o bohatyrach. Widocznie jednak byłam na tyle jeszcze mała, że nie wszystko pozostało w mojej pamięci. Jednak niektóre bajki pamiętam, umieściłam je w podręczniku do nauki języka niwchijskiego, wiele z nich przepisałam dla G. A. Otainoj.  Wróćmy jednak do mojego ojca. Nigdy nie był on skąpy, ani chciwy, na wszystko patrzył filozoficznie. Nie pamiętam, żeby w nieprzyjemny sposób zwracał mi uwagę, chociaż czasem na to zasługiwałam. Starszych ludzi z naszej wsi wyróżniała duża kultura osobista. Byli bardzo delikatni i taktowni. Nie pozwalali sobie na złe słowa ani w języku niwchijskim ani w rosyjskim. Mój ojciec umiał wybaczać ludziom ich słabości. Był arystokratą z natury. Wszyscy uważali „tubylców” za ciemnych, dzikich, zahukanych ludzi, a przecież, wielu ze starszego pokolenia znało w tamtych czasach kilka języków nigedalski, ulaski, chiński, koreański, nie mówiąc już o rosyjskim. Mój ojciec władał wszystkimi wymienionymi językami. Z Chińczykami prowadził długie biesiady, miał przyjaciół Koreańczyków. Z każdym gościem w naszym domu rozmawiało się w jego języku. Do dalekich Chin, do czasów przyjścia bolszewików, ojciec pływał na dużych łodziach z tentem. Płynęli przez osady Ulczaków i Nanajców, rozmawiali z nimi w ich języku. Jeżeli moi rodzice rozmawiali o mnie i o moim bracie, przechodzili na język Ulczków. Mama na tyle dobrze znała język negidalski, że jeszcze teraz mówią mi: „Twoja mama była Negidalką”, ale ja przecież wiem, kim ona była. Ojciec często jeździł do Nikołajewska, rozmawiał z Japończykami, znał trochę ten język.
Nie należy myśleć, że mieszkańcy naszej wsi byli ludźmi wyjątkowymi. Tak żyli wszyscy Niwchowie. We wsi naszej mieszkały również represjonowane rosyjskie rodziny. Otrzymywały one wsparcie i pomoc ze strony naszej starszyzny. Nikt nie był odtrącony. Wszystkim pomagali w miarę swoich możliwości. Do dziś pamięta o mnie rodzina Sidorenko, którą kiedyś przyjął mój ojciec. Było ich 11 osób. Po prostu dzieliło się ostatnim kawałkiem chleba. Nie należy również myśleć, że idealizuję ten pierwotny komunizm, lecz żyliśmy dobrze, byliśmy przygotowani na niepowodzenia. Teraz oczywiście nie sposób przywrócić tamte czasy, ale nie zaszkodzi obejrzeć się  i wziąć  stamtąd coś dla siebie i duszy.

Puchta Maria Nikołajewna – starszy pracownik naukowy Dalekowschodniej filii Instytutu narodowościowych problemów edukacyjnych Ministerstwa Oświaty Rosyjskiej Federacji.
 

Tłumaczenie: Diana Oboleńska