SOŁOWJOW N.B.

WSPÓŁCZESNE PROBLEMY SPOŁECZNO-EKONOMICZNE
I POLITYCZNE MAŁYCH LUDÓW PÓŁNOCY OKRĘGU SACHALIŃSKIEGO


Mam zaszczyt w imieniu Stowarzyszenia Małych Ludów Północy, w skład którego wchodzą wszystkie grupy etniczne od wieków zasiedlające Sachalin, przywitać uczestników i gości konferencji poświęconej znaczącej dacie - 125-leciu urodzin B. Piłsudskiego, badacza życia sachalińskich aborygenów.

Od czasów ekspedycji tego wybitnego uczonego minęły dziesiątki lat, podczas których styl życia rdzennych Sachalińczyków zmienił się nie do poznania.

Aktywna ekspansja ludności rosyjskojęzycznej wraz z całą infrastrukturą rozwiniętej cywilizacji doprowadziła do rewolucji w ocenie wartości obyczajów i stylu życia ludów Północy.

W niedługim czasie przyszli twórcy świetlanej przyszłości bez większych trudności zepchnęli na peryferie życia politycznego, ekonomicznego i społecznego jeszcze niedawnych gospodarzy tej ziemi. Oczarowani nieustępliwością i energią pewnych siebie reformatorów i zdobywców, oszołomieni komunistyczną propagandą rodowici Sachalińczycy bez sprzeciwu zgodzili się na drugorzędność swojego istnienia. Co więcej, oddając palmę pierwszeństwa w przemysłowym zagospodarowaniu wyspy, szybko utracili przewagę i w tradycyjnych gałęziach gospodarki: hodowli reniferów, rybołówstwie, myślistwie. ]

Tymczasem o zgubności narzucania obcego systemu wartości uprzedzali wybitni działacze społeczni, tacy jak: sławny amerykański artysta i pisarz Rokuell Kent, kanadyjski pisarz Farli Moyet i in. Spędziwszy wiele lat na badaniach wśród Eskimosów, R. Kent, i F. Moyet doszli do wniosku, iż cywilizacja doprowadzi mieszkańców Północy do zwyrodnienia i degradacji, tak jednostek, jak i całych narodów. Te wszystkie prognozy sprzed dziesiątek lat, niestety, sprawdzają się. Przede wszystkim widać to u nas - w kraju, w którym cynicznie głoszono, iż człowiek jest największą wartością. W krajach kapitalistycznych dostrzeżono proces demoralizacji i zagrożenie dla istnienia ludności aborygeńskiej i podjęto środki zaradcze jeszcze 25-30 lat temu. To zrozumiałe: UNESCO, cała postępowa ludzkość, środki masowego przekazu – biją na alarm, kiedy  z powierzchni ziemi znika jakiś ptak – podczas gdy tu umierają małe, tym niemniej, narody!

Niepokój budzi stan ekologiczny tej niegdyś kwitnącej wyspy. Prawie 70 lat intensywnego zagospodarowywania przemysłowego w ramach „planowej gospodarki socjalistycznej” na Sachalinie bardzo mocno nadwyrężyło, jak by się wydawało, niewyczerpalne bogactwa przyrody.

Ekstensywny rozwój przemysłu naftowego, drzewnego, wydobywczego nie uwzględniający przyrodniczo-klimatycznych właściwości wyspy doprowadził w konsekwencji do nieodwracalnego zniszczenia środowiska naturalnego. Przyrodę północnego Sachalinu w miejscach większych skupisk ludzkich cechuje mniejsza możliwość przywrócenia równowagi ekologicznej, dlatego też zniszczenia i zanieczyszczenia narastają, sięgając obecnie krytycznego poziomu. Zatoki i zalewy północno-wschodniego pobrzeża zatrute są produktami ropopochodnymi. Jeszcze do niedawna do zatoki Urkt, niegdyś obfitej w ryby i dzikie zwierzęta, wylewano do 650 ton ropy rocznie z pobliskiej ochińskiej kopalni. Warstwa bituminów na dnie tej już na zawsze martwej zatoki dosięga wysokości pół metra.

Obszar zdatny do zamieszkania i prowadzenia normalnego życia skurczył się do minimalnych rozmiarów.

Z trzech najważniejszych grup etnicznych, historycznie zamieszkujących Sachalin: Niwchów, Oroków, Ewenków, w większym stopniu niż inni ucierpieli od cywilizacji Orokowie-Ulta. Żyje ich niewielu - trochę więcej niż 300 osób. Żyją wyłącznie na Sachalinie. Dla urodzonych hodowców reniferów, jakimi są Orokowie-Ulta, nadeszły najtrudniejsze w całej ich historii czasy. Kiedyś po rozległych obszarach północnego Sachalinu starymi drogami migracji kroczyły stada tysięcy renów. Dzisiaj, w rezultacie działalności firm związanych z przemysłem naftowym, pracy geologów, w rezultacie bezkarnego kłusownictwa, pustoszących pożarów, ich liczba skurczyła się  katastrofalnie. Otoczone ze wszystkich stron nafciarzami, geologami, wiertaczami i pogorzeliskami, ostatnie sachalińskie stado reniferów chroni się na skrawku ziemi o powierzchni kilkuset kilometrów kwadratowych w rejonie Wagisa.

Niestety o ten region, będący w istocie ostatnią bazą paszową renów, starają się przedsiębiorstwa przemysłu drzewnego, które planują wyrąb lasu do stu tysięcy metrów sześciennych drewna rocznie. Pewne jest, że w czasie realizacji tych planów zginą ostatnie pastwiska renów i tarłowiska północno-zachodniego Sachalinu. Przestanie też istnieć Wagis - ważny rejon dla myślistwa. Jeżeli nie podejmie się natychmiastowych środków, jeśli nie zatrzyma się rozzuchwalonych biurokratów,  pomimo rozpaczliwych wysiłków entuzjastów, w najbliższym czasie zaginie na Sachalinie wypas reniferów jako narodowy sposób gospodarowania.

A tymczasem machina całkowitego zniszczenia bogactw przyrody Sachalinu nabiera maksymalnego rozpędu. Teraz już trudno wyobrazić sobie, że nawet romantycznie nastrojeni poeci, nazwą naszą wyspę perłą Dalekiego Wschodu. Schwytany w pułapkę barbarzyńskich eksploatatorów, z zatrutymi tarłowiskami, z wielohektarowymi pogorzeliskami Sachalin jest niemym wyrzutem działalności nafciarzy i geologów, drwali i górników. Perła zgasła, pociemniała, pokrył ją brud. Na jej niegdyś błyszczącej powierzchni pojawiły się głębokie rysy, odpryski...

I ta zaśmiecona, brudna ziemia, wyspa-skarb o nazwie Sachalin - jest jedynym domem mieszkańców Północy. Domem na zawsze, drugiego nie ma i nie będzie.

W  niemniejszym stopniu niż katastrofa ekologiczna, niepokoi klęska planu socjalnego. Przesiedleni z historycznych, obfitujących w ryby i dziką zwierzynę rodowych ziem do kilku gęsto zasiedlonych miejsc, takich jak: Niekrasowka, Nogliki, Wał, Wiachtu autochtoni, bardzo szybko tracą swoją oryginalność: zapomnieniu ulega język, kultura, tradycyjne umiejętności. Z tym można byłoby się jakoś pogodzić, jeżeliby znaleźli odpowiednie miejsce w otaczającym świecie, ale niestety to się nie zdarzy - autochtoni, jeśli już pracują, to, jako robotnicy niewykwalifikowani, otrzymują najniższą pensję. Bezrobocie, alkoholizm i inne choroby cywilizacyjne bez litości dotknęły dumnych i silnych synów Sachalinu.

Proces dołączenia do szeregu cywilizowanych braci opóźnił się na tyle, że już rodzą się wątpliwości co do jego możliwości w najbliższej przyszłości.

Wyjście z tej mało optymistycznej sytuacji jest jedno: oddać ludziom miejsca tradycyjnego zamieszkiwania, pozwolić wrócić do tradycyjnych rodzajów aktywności. Tylko w taki sposób, w bliskim kontakcie z przyrodą rodowity mieszkaniec Sachalinu czuje się pełnowartościowym człowiekiem.

Pod wpływem tej skomplikowanej sytuacji dwa lata temu, w październiku 1989 roku, zostało założone Stowarzyszenie Narodów Północy Okręgu Sachalińskiego, którego podstawowym zadaniem jest niesienie pomocy prawnej, socjalnej, ekonomicznej rdzennym mieszkańcom wyspy.


W tym czasie Stowarzyszeniu wraz ze światłymi przedstawicielami władzy lokalnej i obwodowej udało się uzyskać ziemie tradycyjnie należące do autochtonów, które znajdują się w dwóch najważniejszych rejonach przez nich zamieszkiwanych: w Ochińsku i Noglińsku. W pięciu rejonach zostały wydzielone dla nich rozległe tereny, przeznaczone na polowania, szybko powstają lokalne przedsiębiorstwa, stowarzyszenia, gospodarstwa rodzinne, celem których jest odrodzenie tradycyjnego sposobu życia i rzemiosł. Pozostaje problem ochrony łowisk ryb.

Przy rozwiązywaniu tych trudnych problemów spotykamy się z ogromnymi kłopotami, przede wszystkim finansowymi - przecież powrót ludzi na ich historyczne tereny wcale nie oznacza powrotu do archaicznego sposobu życia. Przede wszystkim proces ten powinien dokonywać się dobrowolnie. Po drugie: koniecznie trzeba stworzyć warunki odpowiadające współczesnemu poziomowi życia. Trzeba stworzyć hodowle ryb, przy nich nowoczesne przetwórnie rybne, hale, osiedla mieszkaniowe, itd. i dopiero wtedy będzie można być pewnym, że łososie - podstawa egzystencji autochtonów - nie znikną z wybrzeży Sachalinu.

Na dodatek na horyzoncie pojawiają się oznaki katastrofalnego zanieczyszczenia akwenu Morza Ochockiego produktami ropopochodnymi, wydobywanymi z dna morza. Oczywiście wszystkim tu obecnym znane są plany zagospodarowania szelfu u północno-wschodnich wybrzeży Sachalinu - właśnie na drogach migracji łososia pacyficznego. W sytuacji kryzysu ekonomicznego, w pogoni za natychmiastowym zyskiem i napływem wielomiliardowego kapitału, co w konsekwencji wpłynęłoby na umocnienie autorytetu władzy, mogą zostać pośpiesznie podjęte decyzje o przyznaniu jakiejś spółce praw do eksploatacji szelfu bez dokładnej ekspertyzy ekologicznej.

Gubernator naszego okręgu i inni wysoko postawieni przedstawiciele władzy milczą, gdyż ludom Północy, których interesów najbardziej dotyka eksploatacja szelfu, zostaje przydzielone odszkodowanie za poniesione straty na terenach tradycyjnie przez nich eksploatowanych.

Lekceważenie przez urzędników interesów etnicznych mieszkańców tych ziem, ignorowanie ich prawa do ich oryginalnego charakteru jest widoczne od pierwszych dni ustanowienia władzy sowieckiej na Sachalinie. Jednymi z pierwszych rozporządzeń komitetów rewolucyjnych były zakazy trzymania przez Niwchów psów zaprzęgowych, zakaz połowu przez mieszkańców osady Czir-Unwda ryb w Tymi, czym zajmowali się od setek lat i co w żaden sposób to nie odbijało się negatywnie na ławicach łososia w tej największej i bogatej rzece Sachalinu. Można przytoczyć dziesiątki innych dekretów, rozporządzeń, nakazów, którymi poniżano i obrażano uczucia narodowe, godność, oryginalny charakter kultury rdzennych Sachalińczyków. Wszystko to nie sprzyjało wzmocnieniu zaufania, przepaść między przedstawicielami oficjalnej władzy a autochtonami powiększała się. Stąd wzięło się pijaństwo, stąd i obojętność w stosunku do życia, do własnego losu.

Fakty mówią same za siebie: własna ziemia zmienia się w ugory, historyczni gospodarze byli i są na najniższym stopniu rozwoju ekonomicznego i społecznego.

A przecież naszym ludziom nie brak talentu, jak to teraz próbują udowodnić niektórzy. Przeglądając dokumenty z lat 20-tych i 30-tych przekonałem się, z jakim entuzjazmem, z jaką nadzieją odnosili się ci ludzie do nowego życia. Zjednoczyli się w rybackich, rolniczych, pasterskich kołchozach i spółdzielniach, święcie wierząc w sprawiedliwość i nieodwracalność zachodzących zmian. Szybko i z radością przyswajali sobie dotąd nieznane formy prowadzenia gospodarstwa. Wystarczy powiedzieć, że przy końcu lat 30-tych do 70% rodzin trzymało bydło rogate i ptaki, a w sztuce hodowli zwierząt domowych niewiele ustępowali swoim nauczycielom - Rosjanom.

Teraz entuzjazm zmienił się w apatię, zapał - w obojętność i tylko nadzieja na lepsze, godne życie jeszcze nie wygasła w udręczonych duszach Sachalińczyków.

Podsumowując, chciałbym przytoczyć mowę delegata Małych Narodów Północnego Sachalinu, T. Pimki, wygłoszoną przez niego na Pierwszym Dalekowschodnim Okręgowym Zjeździe Rad 20 marca 1926 roku: „Mówię w imieniu rodowitych mieszkańców. Ich życie wcześniej było bardzo ciężkie. Wszyscy, którzy egzekwowali prawo carskie, byli prześladowcami. Nie chronili nas i nie pomagali nam. Kto miał pełną kieszeń, ten uczył swoje dzieci i zdzierał z nas ostatnią koszulę, dlatego, że u nas nie było władzy sowieckiej. Prosimy, aby w 1926 roku nam, Sachalińczykom, dać i śrutówki, i proch. Będziemy pracować, będziemy mieć kapitał, potem to spłacimy, teraz musimy brać na kredyt.

Minęło 65 lat. Nie jestem towarzyszem Pimką, a Wy nie jesteście delegatami Dalekowschodniego Zjazdu Rad, lecz mowę swoją kończę prawie słowami Pimki: Prosimy Was, żeby w 1992 roku nam, rdzennym Sachalińczykom, dano i śrutówki, i proch, samochody, skutery śnieżne i traktory... Będziemy pracować, będziemy mieć kapitał, a potem rozliczymy się, na razie musimy wziąć na kredyt... W dowolnej walucie. I mamy nadzieję, że bez procentów.

Przeł. Katarzyna Tarnowska