FOT. MICHAŁ SADOWSKI
Dla swojego pokolenia była kimś więcej niż poetką i autorką piosenek. Była Muzą ludzi, którzy wyrywali się z siermiężnej, smutnej, cenzurowanej rzeczywistości i marzyli o prawdzie i wolności, o odrobinie szaleństwa, o poezji.
Agnieszka Osiecka studiowała dziennikarstwo na uniwersytecie i reżyserię w szkole filmowej w Łodzi. Andrzej Wajda uważał, że będzie kiedyś świetnym reżyserem. Poszła inną drogą, więc Wajda nadał tylko jej imię bohaterce "Człowieka z marmuru" - dziewczynie niespokojnej, wrażliwej, dążącej do prawdy. Dlaczego nie została reżyserem? Osiecka sama opowiadała zabawną historię: robiła etiudę dyplomową według Czechowa. Dwójka aktorów miała zachłysnąć się sobą w tańcu. Ale chłopiec ciągle odsuwał się od dziewczyny. Wreszcie zniecierpliwiona Osiecka wzięła go na bok na rozmowę: "Jesteś nią oczarowany, widz musi w to uwierzyć" - tłumaczyła. "Ale ja czuję do niej wstręt fizyczny" - odpowiedział aktor. Zdała sobie sprawę, że nie pokona jego wstrętu. I wstrętu wszystkich następnych, których spotka na filmowych planach. Nigdy więcej nie stanęła za kamerą. To była jej wersja. Naprawdę nie potrafiła wtłoczyć się w sztywne wymagania filmowej produkcji. W zależność, jaka jest nieuchronną częścią tego zawodu.
Była poetessą. Tak właśnie o sobie mówiła: "poetessa". Narodziła się w STSie, studenckim teatrze, który zaczynał swoją działalność w sali warszawskiej elektrowni na Powiślu, a potem grał w budynku schowanym za kościółkiem niedaleko placu Dzierżyńskiego, promieniując stamtąd buntem pokolenia. Buntem ludzi wrażliwych, wtłoczonych w realny socjalizm, żyjących - jak wszyscy w tamtym czasie - na ulicy Kamiennej, na Czerniakowie.
Była wyczulona na wszystko, co pulsowało pod skórą jej pokolenia. Prowadziła życie niezależne, niespokojne, gdzieś wyjeżdżała, skądś wracała, kręciła się po Polsce, po świecie. Wyznała kiedyś: "Nie mam gdzie postawić drugiej nogi". Życie osobiste też miała splątane. Córkę wychowywał Daniel Passent. Ona czasem ubolewała, że nikt nigdy nie oszalał na jej punkcie. A ona kochała naprawdę. Powstawały potem "Listy śpiewające", pełne czułych słów, westchnień. I poczucia rozczarowania. Ale ten ból rozstań i silnych przeżyć był chyba wpisany w jej życie. Inaczej nie umiała, nie chciała. Nie interesowali ją mężczyźni, którzy nie mogli jej zranić. Nie interesowały jej układy spokojne, stabilne i nudne. W jednej z piosenek napisała: "Tylko nie patrz na mnie jak na żonę".
Zostawiła dwa tysiące piosenek, wspomnieniowe książki, musicale. Współpracowała z wieloma kompozytorami - Adamem Sławińskim, Sewerynem Krajewskim, Jackiem Mikułą, Edwardem Pałłaszem, Katarzyną Gaertner, Jerzym Satanowskim. Jej teksty śpiewały Magda Umer, Maryla Rodowicz, Krystyna Sienkiewicz... Piosenki mają to do siebie, że żyją przez jeden sezon. Strofy napisane przez nią przetrwały. Może dlatego właśnie, że tyle w nich było prawdziwego życia, bólu, prawdy, że każda z nich była małym dramatem. Tego stylu pisania nauczyli dziewiętnastoletnią dziewczynę, która przyszła do teatru, założyciele STS-u - Jarecki, Drawicz, Markuszewski. Mówili: Piosenka musi być chropawa jak rzeczywistość wokół. Ona w te piosenki o kochankach z ulicy Kamiennej, o okularnikach wkładała jeszcze swoją filozofię życia: bez taryfy ulgowej, bez uników.
Powiedziała kiedyś, że jej małą ojczyzną jest polska gramatyka. Umiała dobierać przymiotniki i przysłówki. Żonglowała częściami mowy leciutko, z wdziękiem prawdziwej poetki. Pisała skrótami, celnie. Wymyśliła hasło reklamowe dla amerykańskiego koncernu "Coca cola to jest to". I tak dużo innych sformułowań pięknych i trafnych, które funkcjonują dzisiaj w języku. Ile razy z przymrużeniem oka przypominamy sobie choćby to, że"życie jest formą istnienia białka"?
Agnieszka Osiecka miała bardzo wielu przyjaciół, kochała ludzi, piła z nimi wódkę, czasem się kłóciła, zawsze otwierała przed nimi drzwi swego mieszkania. A jednocześnie była ostrożna, jakby trochę podejrzliwa. I chyba - wśród tych wszystkich przyjaciół, wśród całej masy ludzi, którzy umawiali się z nią na piwo, którzy z nią pisali piosenki, wyjeżdżali na Mazury - bardzo samotna. Kiedyś powiedziała, że człowiek nie może sprzedawać "całego siebie".
W filmie, jaki nakręciła o niej Grażyna Pieczuro, patrząc w niebo mówi do Seweryna Krajewskiego: "Jak już będę tam, na górze, to czasem tu do was na ziemię zejdę". "A jak to zrobisz?" - pyta kompozytor. Wskazując na świetlistą pręgę na niebie (czy to przelaciał odrzutowiec, czy tak się ułożyło światło) odpowiada: "A po takiej ścieżce". Bo Osiecka lubiła żyć, lubiła świat z wszystkimi jego słabościami, śmiesznostkami, zakrętami. Ale jednocześnie miała w sobie świadomość przemijania i śmierci. Przemijanie - to było odchodzenie miłości, odchodzenie młodości, to była świadomość istnienia tych młodych dziewczyn, których "urodą okrutną zaroi się Paryż i Kutno". A śmierć? Do musicalu "Dziś straszy" napisała piosenkę "Pożegnanie z poetką". Pożegnała sama siebie. Czy ktoś umiałby piękniej pożegnać poetessę tego przetrąconego, zbyt wcześnie odchodzącego pokolenia?
Pożegnanie z poetką
Gdy zniknie z gazet szpalt
twój ostatni rym,
a twój srebrny alt
rozpłynie się jak dym,
tam w obłoku hen
nie zapominaj nas,
niech ci się wieczny sen
rozjaśnia raz po raz.
Czasem zanuć sobie o nas od niechcenia,
do widzenia, do widzenia, do widzenia,
my po kilku długich zimach i jesieniach
zasiądziemy obok ciebie - do widzenia.
Charakteru i figury tam nie zmieniaj,
do widzenia, do widzenia, do widzenia.
Zostajemy tu na ziemi jak sieroty,
czasem przefruń tuż nad nami jako motyl.
Gdy zniknie z naszych klap
twój ostatni włos,
sforę nowych bab
przyniesie hojny los,
tam na obłoku hen
surowo nie sądź nas,
niech ci się wieczny sen
rozjaśnia raz po raz...
Czasem zanuć sobie o nas od niechcenia -
do widzenia, do widzenia, do widzenia,
my po siedmiu przedpokojach, siedmiu sieniach
zasiądziemy obok ciebie - do widzenia.
Pozostaniesz w naszych sercach i marzeniach,
do widzenia, do widzenia, do widzenia.
My jesteśmy tu na ziemi naprzeciwko,
zamów dla nas tam na górze małe piwko.
Rozmowy przy rondzie
Bar Expresso przy warszawskim rondzie Waszyngtona był
miejscem, w którym przez długie lata dość często można było
spotkać Agnieszkę Osiecką. Tu zresztą najchętniej rozmawiała
także z dziennikarzami naszej redakcji. Zupełnie nie
przeszkadzało jej mało kameralne wnętrze kawiarni i hałas
dochodzący z dość ruchliwej ulicy.
Agnieszka Osiecka chętnie opowiadała o ludziach, których dobrze
znała, nierzadko też podziwiała. Wypowiedzi te zamieszczaliśmy
wielokrotnie w piątkowej TeleRzeczpospolitej w cyklu "Zbliżenia".
Były też wątki, do tej pory nie publikowane, w których Agnieszka
Osiecka opowiada zarówno o sobie, jak i swej twórczości.
- Trochę się boję ludzi. Wprawdzie nie podlizuję się im w jakiś
skrajnie obrzydliwy sposób, ale jednak myślę, że byłoby mi przykro,
gdyby moja publiczność mnie zdradziła, a jeszcze gorzej poczułabym
się, gdybym zrobiła jej przykrość.
Niechęć do pouczania
Agnieszka Osiecka dość chętnie mówiła o zaletach swoich
znajomych. Zdecydowanie rzadziej niż o ich wadach. Była w ogóle
zdecydowaną przeciwniczką pouczania innych i używania słowa
"powinien".
- Myślę, że cechą, którą nieskromnie mogę uważać za swą zaletę,
jest to, że nigdy nie miałam i nie mam potrzeby pouczania ludzi.
Nawet własnego dziecka. Zawsze mnie to żenowało, kiedy musiałam
córce zwracać uwagę. Uważałam, że każdy człowiek powinien iść
własną, przez siebie tylko wybraną drogą. Niech się rozwija tak, jak
tego pragnie i żyje na własne konto. Mam taką naturę. Kiedy robiłam
etiudy w szkole filmowej i byłam początkującym reżyserem, wszelkie
ustawianie ludzi, wydawanie im poleceń, pokazywanie, z której strony
mają wchodzić i jak się zachowywać, to był po prostu gwałt
zadawany mojej naturze i jeden z poważniejszych powodów, dla
których mimo ukończenia studiów filmowych nie zdecydowałam się
na pracę w filmie. Nawet jeśli rezygnując z filmu coś straciłam, to z
drugiej strony jednak niechęć do kierowania i pouczania ludzi jest we
mnie cechą na tyle miłą, że traktuję ją niemal jak zaletę. Ludzie nie
zawsze potrzebują porad. Zwłaszcza Polacy.
Szycie "Białej bluzki"
Agnieszka Osiecka rzadko pisała dla teatru. Zaledwie parę sztuk.
Najbardziej znanymi są oczywiście "Niech no tylko zakwitną
jabłonie", "Apetyt na czereśnie" czy "Łotrzyce". Wiele uznania
przyniósł jej monodram "Biała bluzka" w reżyserii Magdy Umer i
wykonaniu Krystyny Jandy.
- Napisałam "Białą bluzkę" tuż po stanie wojennym. I nie
przypuszczałam, że ktoś zrobi z tego sztukę teatralną. To było duże
opowiadanie, czy może raczej mała powieść ujęta w formie listów.
Bohaterką była dziewczyna półchora psychicznie, półśmieszna,
półzabawna, półtragiczna. Uwikłana w nieszczęśliwą miłość i niedole
stanu wojennego. Z jednej strony szalona pijaczka, wariatka ze
słońcem we włosach, a z drugiej znakomicie ułożona pedantka.
Bohaterka "Białej bluzki" była mieszaniną wielu postaci.
Wyposażyłam ją także w moje cechy: jakąś mieszaninę szaleństwa i
pedanterii, poczucia humoru i tragizmu. Nadałam jej też cechy
właściwe ludziom chorym. Wykorzystałam tu swoją wiedzę na temat
pewnych obsesji i rozdwojenia jaźni itp., itd. Osadziłam to w
typowych realiach stanu wojennego. Wyobrażałam sobie, że taki
temat może bardziej nadawać się do czytania niż na scenę. I
właściwie nigdy nikomu nie proponowałam adaptacji teatralnej.
Pierwsza zwróciła mi uwagę na pewne walory teatralne tego tekstu
moja dawna koleżanka Katarzyna Radecka, która zamierzała to
przenieść na scenę, i zaproponowała, by w postać bohaterki wcieliła
się młoda aktorka Teatru Studio. Ten projekt jednak upadł, ponieważ
wytypowana aktorka, co nie tylko w tym zawodzie, ale i życiu dość
rzadko się zdarza - okazała się osobą niezwykle skromną. Po
zapoznaniu się ze scenariuszem powiedziała bowiem, że to zadanie
przekracza jej możliwości i tej roli po prostu nie udźwignie. Projekt
upadł. Potem "Białą bluzkę" przeczytała Magda Umer i również
oznajmiła, że chętnie by to przeniosła na scenę. Uważała, że
należałoby włączyć tam kilka piosenek i od początku była
przekonana, że powinna to zagrać Krystyna Janda. To, że Magda
Umer chciała "Białą bluzkę" przenieść na scenę, sprawiło mi ogromną
przyjemność. Miałam jednak wątpliwość, czy główną rolę powinna
zagrać Krysia Janda. Moją bohaterkę widziałam przecież jako osobę
przegraną, nieszczęśliwą, raczej brzydką, a Janda jest tego
całkowitym zaprzeczeniem. Jest kobietą piękną, wspaniałą i zawsze
zwycięską. Kobietą sukcesu w najlepszym tego słowa znaczeniu. O
cudownych zębach, przepięknych nogach, wydawało mi się, że nikt z
publiczności nie uwierzy, że moja bohaterka w wykonaniu Jandy jest
kobietą tak głęboko nieszczęśliwą. Moja próżność była jednak tak
pogłaskana, że się oczywiście z rozkoszą zgodziłam. Potem
obserwowałam, jak panie pracowały i muszę przyznać, że nikomu
tego nie życzę, bo pracowały jak dwie krawcowe w furii. Moje
drogie przyjaciółki wyszły od detalu i tkały to przedstawienie szczegół
po szczególe. Jak taka krawcowa, którą pamiętam z lat dzieciństwa,
która nie robiła rysunku, tylko wkładała materiał na człowieka i szyła
na nim rękaw po rękawie, falbankę po falbance. W efekcie powstało
przedstawienie, z którego jako autorka byłam bardzo zadowolona.
Ten spektakl dużo jeździł po Polsce i wiązały się z nim różne
przygody. We Wrocławiu miałyśmy takie przyjęcie, że aż milicja nas
pilnowała. Były dziewczyny, które jeździły za Krysią po całej Polsce i
mówiły, że spektakl jest o nich.
Wcielenia Hłaski
Wśród bliskich znajomych Agnieszki Osieckiej był Marek Hłasko,
któremu Agnieszka Osiecka poświęciła cały nie publikowany
dotychczas wywiad. Powiedziała w nim m.in:
- Zdarzają się ludzie, którzy ze swej natury są pozerami. Kiedy
jednak ich poza jest atrakcyjna, wtedy zaczynamy ich ubóstwiać,
kochać się w nich i fascynować nimi. Marek był urodzonym aktorem.
Człowiekiem, który pisze swą biografię nie tylko piórem na papierze,
ale również żywą krwią. On się rzeczywiście stylizował na różne
postaci, a Jamesa Deana wręcz naśladował. Lubił również wcielać się
w bohaterów Dostojewskiego.
Głównie jednak Marek lubił odgrywać różne wcielenia samego
Marka Hłaski. I muszę powiedzieć, że umiejętności miał to po swej
mamie. Pani Maria Hłasko była kimś na granicy aktora i
brzuchomówcy. Była to dość tęga "warszawska" pani, która robiła
wrażenie bardzo poważne. W połowie lat 50. Marka jeszcze nie
znałam, więc wiem jedynie z opowieści, że wydawała tzw. obiady
domowe. Jak zresztą wiele warszawskich pań. Marek zapraszał na
nie wielu literatów i artystów, np. Jerzego Andrzejewskiego, czy
Wilhelma Macha i pani Maria potem wszystkich tych ludzi z talentem
brzuchomówcy potrafiła naśladować.
Ten talent wcielania się w różne postacie Marek odziedziczył właśnie
po niej. Kiedy już był chłopakiem parunastoletnim, musiał, jak całe
moje pokolenie, pisać tzw. życiorysy. Za stalinowskich lat, kiedy
człowiek się chciał zapisać do jakiejś organizacji, np. do kółka
Czerwonego Krzyża, od razu musiał napisać życiorys. Była to jakaś
forma kontroli, bo te życiorysy trzeba było pisać wielokrotnie.
Okazało się, że Marek za każdym razem tworzył swój nowy
wizerunek. Raz twierdził, że jest synem senatora, innym razem, że
synem strażaka.
Kiedyś napisał, że jest nieślubnym dzieckiem, a kiedyś, że jego ojciec
jest kierowcą ciężarówki. Wychowawczyni klasy była oburzona tymi
opowieściami i wezwała panią Marię na rozmowę. Oznajmiła jej, że
Marek jest na tyle bezczelny, że za każdym razem pisze o sobie co
innego. Pani Maria jednak była tymi pretensjami wyraźnie
zbulwersowana. "Tylko idiota będzie pisał o sobie wciąż to samo -
wykrzyknęła - a mój syn nie jest idiotą!"
notował Jan Bończa-Szabłowski
Miała dar utrwalania czasu
Magda Umer
Była jedną z najbliższych mi osób na świecie. Dzisiaj nie chcę nic
więcej mówić. Na to potrzeba trochę czasu. Cieszę się, że w
ubiegłym roku, kiedy już obie wiedziałyśmy, co będzie, zdążyłam
zrobić z Agnieszką dla telewizji wywiad-rzekę. Jest to rozmowa o jej
życiu, są tam piosenki i materiały archiwalne - dziewięć półgodzinnych
odcinków zatytułowanych "Rozmowy o świcie i zmierzchu".
Agnieszka zdążyła go jeszcze obejrzeć. Mam nadzieję, że teraz
telewizja ten film pokaże.
Stanisław Tym
Agnieszkę znałem kilkadziesiąt lat, od czasu spotkania w legendarnym
już dzisiaj STS. Jej śmierć jest tragicznym zdarzeniem dla nas, jej
przyjaciół. Przy tej smutnej okazji przypominam sobie słowa z jej
szlagieru: "niech żyje bal, bo życie to bal jest nad balem, niech żyje
bal, drugi raz nie spotkamy się wcale". Cytuję z pamięci, więc może
niedokładnie. Te słowa, w wielkim roztańczonym walcu,
przypominają, że tylko raz jesteśmy i tylko raz możemy wobec innych
ludzi zachować się wspaniale lub źle. Bardzo mądre słowa.
Jesteśmy na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Kilka lat temu
prowadziłem tutaj wielką "Galę", w całości poświęconą Agnieszce.
Na widowni siedział prof. Aleksander Bardini. Minęło zaledwie kilka
lat i ich obojga już nie ma.
Twórczość Agnieszki trudno mi zaszeregować. Była poetką z
prawdziwego zdarzenia. W tej swojej legendzie i poezji pozostanie.
Jacek Kaczmarski
Mam wrażenie, że w swoim spojrzeniu na świat każdy z nas w Polsce
ma znacznie więcej z Agnieszki Osieckiej, niż sobie z tego zdaje
sprawę. W swojej twórczości popularnej, czyli w tekstach piosenek,
Agnieszka proponowała pewien liryczno-satyryczny obraz świata.
Proponowała to w sformułowaniach, które zapadały w świadomość.
I funkcjonują do dzisiaj w rozmowach, a co za tym idzie funkcjonują
jako spojrzenie na świat. Przyznam, że jestem daleki od takiego
widzenia świata, od tej "liryki egzystencjalnej" (takie określenie
przychodzi mi do głowy), ale zdaję sobie sprawę, że jest ono szalenie
sugestywne. To, co wcześniej wydawało się być poetyką STS, z
której wywodziła się Agnieszka, czyli poetyką lat 60., znacznie
przeżyło ten okres - funkcjonowało w latach 70. i 80., i przeżyje
Agnieszkę. notował r.b.
Jarosław Abramow-Newerly
Agnieszka świat widziała bardzo szeroko. Przyszła do STS, gdy miała
19 lat i już znakomicie znała trzy języki, podczas gdy my ledwie
dukaliśmy po rosyjsku.
Była gwiazdą na wszystkich międzynarodowych spotkaniach, bardzo
szybko nawiązywała kontakty z ludzmi. Osiecka była główną - obok
Dąbrowskiego i Jareckiego - autorką STS w pierwszym,
najważniejszym okresie, czyli w roku 1955, jeszcze przed
październikową odwilżą. Jej piosenki szybko stawały się przebojami
nie tylko w kręgu naszego teatru, ale wkrótce śpiewała je cała
Polska. A trzeba pamiętać, że wówczas obowiązywały pieśni
masowe i ludowe, zaś przedwojenne tradycje piosenkarskie były w
głębokiej pogardzie, więc dzięki utworom Osieckiej na nowo rodziła
się polska piosenka.
Miała w swoich tekstach dar utrwalania czasu, oddania nastroju
chwili. Czas pragnęła zatrzymać w jeszcze inny sposób - na kliszy
fotograficznej. Była całkowicie zwariowana na punkcie aparatu
fotograficznego. Pstrykała bez przerwy. Chwilami mieliśmy już tego
dosyć, ale dziś trzeba przyznać, że wizerunki wielu osób przetrwały
dzięki jej fotografiom. j.l.
Całość powyższego tekstu zapożyczyłem ze stron "Kultura" Rzeczpospolitej
- wydania archiwalnego z dnia 10/03/97 r.
[created: 08/08/2000 r.]
WRÓĆ
do "Zakątka Fantastycznego"